Oblicze Pana

W 2010 r. min臋艂a 600-na rocznica bitwy pod Grunwaldem. Na t臋 okazj臋 Wydawnictwo Otwarte specjalnie zam贸wi艂o u autora ksi膮偶k臋, kt贸ra ostatecznie otrzyma艂a tytu艂 Oblicze Pana. Jest to powie艣膰 sensacyjno-historyczna (w odr贸偶nieniu od 鈥濺yks贸w鈥 bardziej sensacyjna ni偶 historyczna), rozgrywaj膮ca si臋 r贸wnolegle na czterech p艂aszczyznach czasowych: w XIV-wiecznej Francji ostatnich templariuszy, XV-wiecznym krzy偶ackim Pa艅stwie Zakonnym, Prusach Wschodnich i Polsce podczas okupacji hitlerowskiej oraz w Polsce (Krakowie i na Mazurach) w czasach wsp贸艂czesnych. Bohaterami s膮 Niemka i Polak wywodz膮cy si臋 z jednego rodu, kt贸ry w XV w. rozdzieli艂 si臋 na dwie odnogi, a wszystko kr臋ci si臋 wok贸艂 tajemniczego relikwiarza, kt贸ry Jagie艂艂o przywi贸z艂 do Krakowa spod Grunwaldu i kt贸ry do dzi艣 znajduje si臋 w skarbcu ko艣cio艂a 艣w. Floriana na krakowskim Kleparzu.

Oblicze Pana

OBLICZE PANA

(fragmenty)

K枚nigsberg6, 11 pa藕dziernika 1944 r. (艣roda)

Joachim Plotzke, profesor historii na Uniwersytecie Albertina, postawi艂 wod臋 na ostatni膮 tego wieczoru herbat臋 i czym pr臋dzej wr贸ci艂 do swego kr贸lestwa 鈥 biblioteki zajmuj膮cej jedyne wi臋ksze pomieszczenie w jego skromnej kawalerce przy Hermann G枚ring Strasse (dawniej K枚nigsallee). Ksi膮偶ki nie tylko sta艂y na rega艂ach si臋gaj膮cych sufitu, ale tak偶e le偶a艂y w stosach na krzes艂ach i na pod艂odze. Na 艣rodku pokoju kr贸lowa艂 ogromny d臋bowy st贸艂 na 12 os贸b, pe艂ni膮cy rol臋 biurka i zagracony rozmaitymi szparga艂ami. Profesor usiad艂 na wygodnym krze艣le, zapali艂 biurow膮 lampk臋, wzi膮艂 do r臋ki lup臋, zsun膮艂 na nos okulary w drucianej oprawie i pochyli艂 si臋 nad roz艂o偶onym na blacie i przytrzymywanym na rogach czterema ci臋偶kimi ksi膮偶kami pergaminem. Nisko przygi臋ty, capi膮 br贸dk膮 muskaj膮c kart臋, z wolna wodzi艂 lup膮 po rz臋dach liter, po raz nie wiadomo kt贸ry wertuj膮c tekst i napawaj膮c si臋 jego tre艣ci膮. Mlaska艂 przy tym, cmoka艂 i mrucza艂 do siebie, zadowolony jak wyposzczony dachowiec, kt贸ry dobra艂 si臋 do spi偶arni:

– Doskona艂y…Cudownie…C贸偶 to b臋dzie za sensacja!

Historia, ksi膮偶ki, stare dokumenty i, dla wytchnienia, znaczki, kt贸rych posiada艂 cenn膮 kolekcj臋, to by艂 ca艂y jego 艣wiat. Nie mia艂 rodziny ani na艂og贸w, polityka go nie zajmowa艂a, do nazist贸w mia艂 stosunek oboj臋tny. Koleje wojny interesowa艂y go o tyle, o ile wp艂ywa艂y na jego prac臋. Po sierpniowych nalotach Brytyjczyk贸w Stare Miasto leg艂o w gruzach, zniszczone zosta艂y wszystkie mosty na wyspie Kneiphof, spalona katedra, zwalona wi臋kszo艣膰 budynk贸w uniwersytetu. Wielu mieszka艅c贸w, w tym s膮siad贸w Plotzkego, spali艂o si臋 偶ywcem lub zadusi艂o dymem w po偶arach swych dom贸w. Ale dom, w kt贸rym mieszka艂 naukowiec, ocala艂, a zaj臋cia na uniwersytecie ju偶 przywr贸cono. I tylko to si臋 dla niego liczy艂o.

Gwizd czajnika i pukanie do drzwi rozbrzmia艂y w tym samym czasie. Profesor chwil臋 waha艂 si臋, niezdecydowany, po czym garbi膮c si臋 niczym starzec, kt贸rym wcale nie by艂, podrepta艂 do drzwi.

– O, to pan…- powiedzia艂 otwieraj膮c. – Prosz臋 si臋 rozgo艣ci膰. Musz臋 i艣膰 do kuchni zgasi膰 wod臋. Herbaty?

– Dzi臋kuj臋, nie. Wpad艂em tylko na chwil臋.

Kiedy gospodarz wr贸ci艂 do biblioteki, ostro偶nie nios膮c fili偶ank臋 z chi艅skiej porcelany z paruj膮cym p艂ynem, przybysz pochyla艂 si臋 nad pergaminem.

– Widz臋, 偶e wci膮偶 nie mo偶e si臋 pan nacieszy膰 swoim znaleziskiem, Herr Professor. Czy przemy艣la艂 pan sobie to, co panu wczoraj powiedzia艂em?

– To niemo偶liwe 鈥 stawiaj膮c fili偶ank臋 na brzegu sto艂u, naukowiec pokr臋ci艂 g艂ow膮. – Dobro nauki wymaga, aby moje odkrycie zosta艂o upublicznione jak najpr臋dzej.

– Ale dobro Trzeciej Rzeszy wymaga, aby na razie wiedzia艂o o tym jak najmniej os贸b, profesorze. Pan o tym dobrze wie, lecz bardziej od pomy艣lno艣ci ojczyzny zale偶y panu na rozg艂osie i uznaniu ze strony innych naukowc贸w. Jest pan egoist膮, Herr Plotzke. Ju偶 widzi pan nag艂贸wki w gazetach: 鈥濸rofesor Joachim Plotzke ods艂ania tajemnic臋 sprzed sze艣ciuset lat!鈥. Albo: 鈥濶ajwi臋ksze odkrycie naszych czas贸w!鈥. Oraz miny pozielenia艂ych z zazdro艣ci koleg贸w. Apeluj臋 do pana, by, przynajmniej na jaki艣 czas, po艣wi臋ci艂 pan swoj膮 naukow膮 s艂aw臋 w imi臋 wy偶szych racji.

Zaci臋ty wyraz twarzy Plotzkego wskazywa艂, 偶e 艂atwiej by艂oby nam贸wi膰 Syzyfa do porzucenia g艂azu albo na powr贸t zap臋dzi膰 Hitlera do sztalug.

– Nauka zawsze ma u mnie pierwsze艅stwo 鈥 powiedzia艂 wynio艣le historyk, zaczepnie wysuwaj膮c naprz贸d cofni臋ty podbr贸dek.

Do wczoraj jego wysokie mniemanie o sobie mia艂o raczej wymiar zbiorowy i, dzielone z kilkudziesi臋cioma milionami innych przedstawicieli rasy pan贸w, smakowa艂o troch臋 jak herbata po n-tym parzeniu. Ale od wczoraj nabra艂o wyrazistego, indywidualnego charakteru. Jeszcze si臋 troch臋 garbi艂, stare nawyki trudno wykorzeni膰, lecz g艂ow臋 ju偶 nosi艂 znacznie wy偶ej. Wiedzia艂, 偶e na uczelni i w swoim 艣rodowisku ma opini臋 przeci臋tniaka i nudziarza, kt贸ry prochu nie wymy艣li. No to si臋 przekonaj膮, jak bardzo si臋 mylili. Ju偶 nied艂ugo ca艂y 艣wiat pozna jego nazwisko i b臋dzie je wymawia艂 z nale偶n膮 czci膮.

– To pa艅skie ostatnie s艂owo?

– Tak. A teraz prosz臋 wybaczy膰, ale musz臋 dorzuci膰 do ognia.

呕elazny piecyk w k膮cie pokoju, tak zwana koza, nie by艂 w stanie nale偶ycie ogrza膰 pomieszczenia, lecz w dobie trudno艣ci ze wszystkim i tak opa艂 nale偶a艂o oszcz臋dza膰.

– Ja to zrobi臋 鈥 powiedzia艂 go艣膰.

Pochyli艂 si臋 i r臋k膮 w czarnej sk贸rzanej r臋kawiczce si臋gn膮艂 po pogrzebacz le偶膮cy w w臋glarce do po艂owy wype艂nionej mia艂em zast臋puj膮cym w臋giel. Otworzy艂 stalowe drzwiczki i przegrzeba艂 palenisko, po czym, korzystaj膮c z tego, 偶e profesor zaj膮艂 si臋 herbat膮, b艂yskawicznie wyprostowa艂 si臋 i z ca艂ej si艂y spu艣ci艂 pogrzebacz na pochylon膮 g艂ow臋 naukowca. Chrupn臋艂a p臋kaj膮ca czaszka. Z bezw艂adnej d艂oni wypad艂a fili偶anka z resztk膮 p艂ynu, rozbijaj膮c si臋 na pod艂odze, na kt贸r膮 osun臋艂o si臋 te偶 cia艂o. Drga艂o chwil臋 nim znieruchomia艂o. Na wszelki wypadek morderca uderzy艂 jeszcze dwa razy i odrzuci艂 na bok zakrwawiony pogrzebacz. Nie trac膮c czasu przegl膮dn膮艂 zagracony st贸艂, zabieraj膮c pergamin i kilka innych kartek. Zwin膮艂 wszystko razem w rulon i wsun膮艂 do kieszeni. Potem, wykazuj膮c si臋 dobr膮 orientacj膮 w zasobach gospodarza, podszed艂 do rega艂贸w, wyj膮艂 kilka ci臋偶kich tom贸w i wydosta艂 schowany za nimi klaser z rzadkimi znaczkami. Nast臋pnie przyni贸s艂 z kuchni ba艅k臋 z naft膮, kt贸r膮 obla艂 zw艂oki i papiery na stole. Reszt臋 rozbryzn膮艂 dooko艂a, uwa偶aj膮c, by si臋 nie pochlapa膰 i nie wdepn膮膰 w ka艂u偶臋 krwi wok贸艂 g艂owy ofiary. Zawaha艂 si臋, czy nie zabra膰 ze sob膮 kilku ksi膮g, kt贸rych wysoka warto艣膰 by艂a mu znana, ale ostatecznie rozmy艣li艂 si臋. Profesor wszystkie ksi膮偶ki zaopatrywa艂 ekslibrisem, mog艂yby wi臋c zdemaskowa膰 jego morderc臋. Zadowoli艂 si臋 zatem tylko klaserem i dokumentami ze sto艂u. Wychodz膮c zapali艂 zapa艂k臋, poczeka艂 a偶 p艂omyk uro艣nie i cisn膮艂 miniaturow膮 pochodni臋 na rozlan膮 naft臋. Gdy zamyka艂 za sob膮 drzwi, po偶ar ju偶 dosi臋ga艂 trupa. […]

Gr眉nfelde, 15 lipca 1410 r. (wtorek)

– Dlaczego nie nast臋puj膮? Na co czekaj膮? – niecierpliwi艂 si臋 komtur tucholski Henryk von Schelborn.

Znajdowali si臋 na rozleg艂ym b艂oniu mi臋dzy trzema wioskami: Gr眉nfelde7, Tannenbergiem8 i Logdau9. W dali 偶贸艂ci艂y si臋 na polach 艂any zbo偶a, kt贸rego jeszcze nie zd膮偶y艂y stratowa膰 ko艅skie kopyta i dymi艂y podpalone grupki cha艂up krytych strzech膮. Niemal dok艂adnie po艣rodku mi臋dzy wrogimi wojskami ros艂o sze艣膰 wielkich d臋b贸w, kt贸re obsiedli gapie, maj膮c stamt膮d doskona艂y widok i niemal gwarantowane bezpiecze艅stwo. Krzy偶acy, kt贸rzy poprzedniego dnia zaj臋li stanowiska, powstrzymuj膮c dalszy marsz wrogich wojsk w g艂膮b ich pa艅stwa, byli teoretycznie w lepszej sytuacji, poniewa偶 sami wybrali miejsce bitwy i nakazali ciurom wykopa膰 wieczorem na przedpolu zamaskowane wilcze do艂y. Ale tylko teoretycznie, co okazywa艂o si臋 w艂a艣nie teraz. Jeszcze nie by艂o po艂udnia, a upa艂 ju偶 sta艂 si臋 niemo偶liwy do wytrzymania. Rycerze pocili si臋 pod stalowymi zbrojami, zg艂oszono kilka przypadk贸w omdle艅, zdarzy艂y si臋 tak偶e wypadki 艣miertelnego udaru. Tymczasem Polacy stali w cienistym, cho膰 rzadkim lesie i wci膮偶 zwlekali ze szturmem.

– Mistrzu, ty p艂aczesz? – zauwa偶y艂 wstrz膮艣ni臋ty wielki komtur Jan graf von Wende.

Ulryk von Jungingen, 艣wiatowiec lubi膮cy rozrywki, nawet ta艅ce z damami, a przy tym pobo偶no艣ci膮 i rycersko艣ci膮 przewy偶szaj膮cy wi臋kszo艣膰 wsp贸艂braci, siedzia艂 wyprostowany w siodle i wodzi艂 wzrokiem od swoich chor膮gwi, od dawna ustawionych w bojowym szyku, do polsko-litewskich oddzia艂贸w widocznych na wzg贸rzu pod lasem. Po brodatym obliczu 艂zy sp艂ywa艂y ciurkiem. Zapytany, zdj膮艂 z d艂oni stalow膮 r臋kawic臋, otar艂 wilgotne oczy i odpar艂:

– 呕al mi krwi chrze艣cija艅skiej, kt贸rej morze zostanie wylane dzisiejszego dnia. Zar贸wno naszej, jak wra偶ej, bo i u nich nie brak ludzi prawdziwej wiary. Jeden B贸g wie, bracia, kt贸ry z nas zobaczy jeszcze zach贸d s艂o艅ca…

Werner von Tettingen, kt贸ry od ich ostatniej rozmowy zacz膮艂 pogardza膰 wielkim mistrzem, bo zdawa艂o mu si臋, 偶e wyczu艂 w jego postawie s艂abo艣膰 i zw膮tpienie, krzykn膮艂 zuchwale:

– Mistrzu, zacznijcie wreszcie zachowywa膰 si臋 jak na prawego m臋偶a przysta艂o, a nie jak baba, i rozpocznijcie nareszcie bitw臋, daj膮c 艣wiadectwo odwagi, a nie niegodnego was tch贸rzostwa!

– Troszcz si臋 raczej o w艂asn膮 odwag臋, bracie Wernerze 鈥 odpar艂 surowo von Jungingen 鈥 aby艣, gdy dojdzie do walki, nie poni贸s艂 kl臋ski z tym wi臋ksz膮 ha艅b膮, im z wi臋ksz膮 pych膮 wynosisz si臋 teraz ponad innych. Rad藕cie, bracia, co mamy czyni膰, by wywabi膰 nieprzyjaci贸艂 z lasu i zmusi膰 do bitwy zanim s艂o艅ce spali nas tu 偶ywcem.

– Trzeba wys艂a膰 harcownik贸w 鈥 zaproponowa艂 wielki marsza艂ek.

– Lepszy by艂by pozorowany atak 鈥 doradzi艂 wielki komtur.

– A mo偶e nie dostaje im broni? – szydzi艂 komtur tucholski von Schelborn. – Po艣lijmy im tedy moje dwa nagie miecze, aby zach臋ci膰 tych tch贸rz贸w do walki!

– To z艂y pomys艂, bracie Heinrichu 鈥 zgani艂 go wielki mistrz – i 艣wiadectwo pychy niegodnej chrze艣cija艅skich rycerzy. Takie szyderstwo i naigrawanie si臋 z przeciwnika, z kt贸rym przyjdzie stoczy膰 艣miertelny b贸j, nie mo偶e by膰 mi艂e Bogu. Oby nie kaza艂 nam za to drogo zap艂aci膰.

Ale zuchwa艂y pomys艂 von Schelborna spodoba艂 si臋 starszy藕nie, w zwi膮zku z tym wys艂ano do polsko-litewskiego obozu dw贸ch pos艂贸w z nagimi mieczami. A s艂o艅ce nieub艂aganie wznosi艂o si臋 na b艂臋kitnym niebosk艂onie, oblewaj膮c 偶arem wszystko co 偶y艂o. Do po艂udnia brakowa艂o niewiele.

Grunwald, 17 lipca 2010 r. (sobota)

– Jak wida膰?

– Wspaniale 鈥 odpar艂a Anna Maria, trzymaj膮c przy oczach ca艂kiem dobr膮 wojskow膮 lornetk臋, kt贸r膮 Katz za niewielkie pieni膮dze kupi艂 na straganie u Rosjan czy Ukrai艅c贸w.

Stali na skraju platformy widokowej, maj膮c pomnik za plecami, a przed sob膮 jak na d艂oni rozleg艂e b艂onie, na kt贸rym, po pirotechnicznych popisach puszkarzy, strzelaj膮cych (na niby) kamiennymi kulami z prymitywnych armat, potykali si臋 w艂a艣nie harcownicy. Kilka tysi臋cy rycerstwa, uszeregowanego w dwie wrogie armie, czeka艂o w szyku bojowym. Widok zapiera艂 dech w piersiach. By艂o jak przed sze艣ciuset laty, przynajmniej pod wzgl臋dem pogody. 37 stopni Celsjusza w cieniu i tumany kurzu. Wielu omdla艂ych rycerzy zniesiono do obozu jeszcze przed bitw膮, albo wr贸cili sami, s艂aniaj膮c si臋 na nogach. Dooko艂a, za linami odgradzaj膮cymi walcz膮cych, k艂臋bi艂 si臋 mnogi, stutysi臋czny t艂um widz贸w (wed艂ug niekt贸rych szacunk贸w 鈥 150-cio, a mo偶e nawet 200-tu tysi臋czny) oraz uwija艂y ekipy telewizyjne z kamerami. Lo偶臋 honorow膮 zape艂niali lokalni notable oraz grupa polityk贸w z Warszawy, kt贸rzy nie mogli przepu艣ci膰 doskona艂ej okazji do przypomnienia si臋 wyborcom i wyg艂oszenia patriotycznych farmazon贸w.

By艂 to jednak zaledwie drugi rzut wybra艅c贸w narodu. Pierwotnie spodziewano si臋 zar贸wno prezydenta, jak premiera. Ale jak zwykle pok艂贸cili si臋. Posz艂o o wizje. Prezydent mia艂 wizj臋 powa偶nej akademii, patriotycznie zaanga偶owanej, demaskuj膮cej odwieczny niemiecki 鈥濪rang nach Osten鈥, kt贸remu tylko dzielna i osamotniona Polska potrafi艂a postawi膰 tam臋, skutecznie op臋dzaj膮c si臋 r贸wnocze艣nie imperializmowi rosyjskiemu pr膮cemu na Zach贸d (cho膰 B贸g jeden wiedzia艂, rzecz jasna opr贸cz prezydenta, co mia艂 piernik do wiatraka, czyli Rosjanie do Grunwaldu A.D. 1410). Z kolei premier optowa艂 za wsp贸ln膮, radosn膮 imprez膮 prawdziwie europejsk膮, w duchu unijnej mi艂o艣ci i braterstwa. W rodzaju niedawnej angielsko-francuskiej inscenizacji bitwy morskiej pod Trafalgarem. 呕eby jedna strona nosi艂a tuniki weso艂o 偶贸艂te (jak s艂o艅ce), a druga 鈥 pogodnie niebieskie (jak niebo). 呕eby bito si臋 na poduszki, a w przerwach pl膮sa艂y cheerleaderki w strojach toples do melodii Pust鈥 wsiegda budiet sonce. I 偶eby bitwa zosta艂a zremisowana. Tymczasem poprzedni prezydent zgin膮艂 w kwietniu w katastrofie lotniczej pod Smole艅skiem, natomiast jego nast臋pca spotka艂 si臋 ze swym odpowiednikiem z Litwy w czwartek przed po艂udniem, by w amfiteatrze wyg艂osi膰 porcj臋 stosownych komuna艂贸w. Na szcz臋艣cie nie wywo艂a艂o to zbyt wielkiego zamieszania, bo publiczno艣膰 zacz臋艂a gremialnie zje偶d偶a膰 pod Grunwald dopiero w pi膮tek.

Dzi臋ki nieobecno艣ci politycznych lider贸w oraz kwiatu wazeliniarskiego dziennikarstwa polskiego, Grunwald 2010 mia艂 szans臋 przej艣膰 do historii jako impreza udana pod ka偶dym wzgl臋dem.

– Daj popatrze膰 鈥 poprosi艂a An偶elika.

Niemka poda艂a jej lornetk臋.

– Widz臋 Tomasza! – zawo艂a艂a po chwili blondynka. – I Tadka! Ojejku!

W tym momencie Jarecki, bezpardonowo zaatakowany przez giermka towarzysz膮cego pot臋偶nemu rycerzowi w czarnej zbroi, spad艂 z konia.

– Brawo Tomasz! – krzykn臋艂a, gdy Ba偶y艅ski, jakby w pom艣cie za pora偶k臋 swego przybocznego, wytr膮ci艂 czarnemu rycerzowi miecz z d艂oni i przystawi艂 sztych do gard艂a.

– Niezbyt to zgodne z prawd膮 historyczn膮 鈥 u艣miechn膮艂 si臋 towarzysz膮cy dziewczynom Katz. – Ten rycerz w czarnej zbroi to sam Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima. Zwykle przedstawia si臋 go w czarnej zbroi, cho膰 zapewne przydomek pochodzi od tego, 偶e po prostu by艂 brunetem…

– A czemu to niby jaki艣 Zawisza nie m贸g艂by przegra膰 z Tomaszem? – obruszy艂a si臋 Anna Maria.

– Bo by艂 niezwyci臋偶ony. S艂u偶y艂 cesarzowi Zygmuntowi Luksemburskiemu, przyjacielowi krzy偶ak贸w, ale gdy przysz艂o z nimi do wojny, lojalnie zg艂osi艂 si臋 do wojska na wezwanie Jagie艂艂y. Kiedy艣 cesarz zabra艂 go ze sob膮 do Perpignan, aby na wielkim turnieju zmierzy艂 si臋 z najlepszym rycerzem zachodniej Europy, Janem z Aragonii. Zawisza zmi贸t艂 go z siod艂a w pierwszym starciu. Zgin膮艂 kilkana艣cie lat po Grunwaldzie, w bitwie z Turkami pod Golubacem, daj膮c czas cesarzowi na ucieczk臋 艂odzi膮 na drug膮 stron臋 Dunaju. Cesarz podes艂a艂 potem 艂贸d藕 swemu ulubie艅cowi, 偶eby te偶 uratowa艂 偶ycie, ale Zawisza odprawi艂 cz贸艂no, bo nie chcia艂 zostawi膰 towarzyszy. Nie darmo w Polsce jest symbolem niez艂omno艣ci i szlachetno艣ci.

– Ej, czemu przerwali? Nic si臋 nie dzieje. Wszyscy tylko stoj膮 i si臋 gapi膮 na siebie 鈥 poskar偶y艂a si臋 Karska.

– Bo tak by艂o naprawd臋. Polacy specjalnie zwlekali ze szturmem, siedz膮c w lasku, a Jagie艂艂o co rusz kaza艂 odprawia膰 msz臋 艣wi臋t膮, 偶eby zademonstrowa膰 swoj膮 pobo偶no艣膰. W tym czasie krzy偶acy sma偶yli si臋 na otwartym polu jak na patelni.

– To czemu sami nie zaatakowali pierwsi?

– Bo podobno wykopali w nocy pu艂apki i chcieli w nie zwabi膰 polsk膮 jazd臋.

– I uda艂o si臋 im?

– Nie uczy艂a艣 si臋 o tym w szkole? Nie, bo Jagie艂艂o zw臋szy艂 podst臋p i wys艂a艂 naprz贸d lekk膮 jazd臋 litewsk膮 i Tatar贸w.

– Tatar贸w? – zdziwi艂a si臋 Anna Maria. – Przecie偶 to byli poganie!

– A czescy najemnicy w polskiej s艂u偶bie byli heretykami i co z tego? Ten Jagie艂艂o to naprawd臋 by艂 spryciarz. Wiedzia艂, 偶e zwyci臋zc贸w si臋 nie s膮dzi, a pokonani nie maj膮 racji.

– Patrzcie! – zawo艂a艂a An偶elika, ale lornetki nie odda艂a.

Z szereg贸w krzy偶ackich wyst膮pi艂o dw贸ch rycerzy. Jeden w 偶贸艂tej tunice z czarnym or艂em cesarskim, drugi w bia艂ej z czerwonym pomorskim gryfem. Trzymaj膮c w r臋ku po nagim mieczu wolno podeszli do siedz膮cego na koniu polskiego kr贸la i wbili przed nim miecze w ziemi臋.

– To Ramryk, pose艂 cesarski, a ten drugi – wys艂annik wspieraj膮cego krzy偶ak贸w ksi臋cia szczeci艅skiego Kazimierza. Maj膮 zach臋ci膰 Jagie艂艂臋 do walki. Ofiarowuj膮c mu miecze szyderczo sugeruj膮, 偶e Polakom brakuje nie tylko odwagi, ale i broni.

– I co, kr贸l da艂 si臋 sprowokowa膰?

– Zobaczysz.

Armia krzy偶acka cofn臋艂a si臋 nieco, daj膮c pole, a Jagie艂艂o uni贸s艂 zakut膮 w stalow膮 r臋kawic臋 d艂o艅 w g贸r臋 i da艂 znak. Ze wszystkich polskich piersi buchn臋艂a prastara pie艣艅 Bogurodzica. Zagra艂y surmy. Rycerze pochylili kopie. Ruszyli z wolna, potem przyspieszyli. Zatrz臋s艂a si臋 ziemia.

– Tak naprawd臋, jak ju偶 m贸wi艂em, pierwsi uderzyli Litwini, Rusini i Tatarzy. Ale by艂 to tylko pozorowany atak, bo nie mogli si臋 mierzy膰 z ci臋偶kozbrojnymi krzy偶akami. W gruncie rzeczy chodzi艂o o odci膮gni臋cie cz臋艣ci si艂 krzy偶ackich. To by艂a metoda wojowania zaczerpni臋ta przez Litwin贸w od Tatar贸w. Podst臋p si臋 uda艂 i kilka chor膮gwi krzy偶ackich, wbrew rozkazowi wielkiego mistrza, pogna艂o za uciekaj膮cymi Litwinami. Wtedy na pozosta艂ych uderzyli Polacy.

– Sk膮d ty to wszystko wiesz? – spyta艂a Anna Maria z podziwem.

– Tomasz mi powiedzia艂, 偶eby艣my mieli poj臋cie, o co chodzi w odtwarzanych fragmentach bitwy. Sp贸jrzcie, co teraz b臋dzie si臋 dzia艂o!

Krzy偶acy powstrzymali polski atak, po czym sami uderzyli z moc膮. Nagle zachwia艂 si臋 kr贸lewski gonfanon10 z Or艂em Bia艂ym, po czym upad艂. W niebo gruchn膮艂 pot臋偶ny wrzask krzy偶ak贸w. Rozgorza艂a zaci臋ta walka. Wtem czerwona chor膮giew zn贸w za艂opota艂a ponad g艂owami walcz膮cych i tym razem to tryumfalny ryk Polak贸w rozdar艂 powietrze.

– To by艂 kluczowy moment bitwy 鈥 skomentowa艂 Katz. – Utrata kr贸lewskiej chor膮gwi, podobnie jak 艣mier膰 lub niewola kr贸la, zwykle ko艅czy艂y bitw臋. Ale najdzielniejszym polskim rycerzom, w艣r贸d kt贸rych by艂 Zawisza Czarny, uda艂o si臋 odzyska膰 sztandar, do nogi wyrzynaj膮c tych, kt贸rzy po niego si臋gali.

Jednak nie ca艂e wojsko bra艂o udzia艂 w walce o chor膮giew. Wielki mistrz stan膮艂 na czele odwodu i poprowadzi艂 go do boju.

– A gdzie jest kr贸l? Nigdzie go nie widz臋 – poskar偶y艂a si臋 An偶elika.

– Sp贸jrz tam, na ten pag贸rek 鈥 Katz wskaza艂 wyci膮gni臋t膮 r臋k膮. – Tam jest ten cwaniak. Podczas gdy Ulrich von Jungingen, zgodnie z rycerskim obyczajem, bra艂 osobisty udzia艂 w bitwie, podobnie jak po stronie polskiej Witold, brat cioteczny kr贸la i dow贸dca Litwin贸w, Jagie艂艂o wzorem wodz贸w tatarskich je藕dzi艂 sobie z pag贸rka na pag贸rek i stamt膮d przez go艅c贸w kierowa艂 ruchami swoich wojsk, maj膮c bez por贸wnania lepszy ogl膮d sytuacji od wielkiego mistrza.

– Ale to by艂o nie fair! – oburzy艂a si臋 Anna Maria.

– Bo te偶 to nie by艂y zawody sportowe, tylko walka na 艣mier膰 i 偶ycie. Tu, na tym polu, mia艂o si臋 zadecydowa膰, kto zostanie najwi臋kszym mocarzem w 艣rodkowej Europie, a kto wypadnie z gry. Jagie艂艂o to doskonale rozumia艂 i stosowa艂 wszelkie znane sobie poga艅skie sztuczki, w my艣l zasady: cel u艣wi臋ca 艣rodki. Z kolei by艂 na tyle dobrym chrze艣cijaninem, by wiedzie膰, 偶e je艣li wygra, wszystko zostanie mu wybaczone, poniewa偶 nawet papie偶 uzna, i偶 taka by艂a wola Boga. Do 1410 roku to krzy偶acy s艂yn臋li z podst臋p贸w i nieczystej gry, i dlatego wygrywali. Mieli bowiem dwa oblicza: rycerskie i bogobojne dla go艣ci z Zachodu, bez kt贸rych poparcia by nie przetrwali oraz okrutne i zdradzieckie dla pogardzanych S艂owian i Ba艂t贸w. A偶 wreszcie trafili na lepszego franta od siebie i polegli z kretesem.

Raptem od grupy krzy偶ak贸w, kt贸rych wielki mistrz wi贸d艂 do walki, oderwa艂 si臋 samotny rycerz i z nastawion膮 kopi膮 pop臋dzi艂 wprost na kr贸la.

– To Dypold von Kockeritz z 艁u偶yc. Wida膰 rozpozna艂 kr贸la, cho膰 Jagie艂艂o kaza艂 nawet zwin膮膰 sw贸j ma艂y proporczyk, 偶eby go nie zdradzi艂.

Kr贸l odepchn膮艂 jednego z przybocznych, kt贸ry chcia艂 go powstrzyma膰 i wyjecha艂 naprzeciw krzy偶akowi.

– Ciekawe, co si臋 stanie tym razem 鈥 ci膮gn膮艂 Katz. – Pono膰 na kt贸rej艣 inscenizacji Jagie艂艂o spad艂 z konia i z艂ama艂 nog臋. A innym razem ko艅 go poni贸s艂 i policja musia艂a ich goni膰 po polach radiowozem na sygnale…

Ale oby艂o si臋 bez niespodzianki. Trafiony krzy偶ak postrada艂 kopi臋, miecz, he艂m i chwia艂 si臋 w siodle. W贸wczas jaki艣 je藕dziec bez zbroi zajecha艂 go z boku. Podniesionym z murawy u艂amkiem kopii zdzieli艂 rannego w g艂ow臋 i obali艂 na ziemi臋. Rycerz leg艂 nieruchomo.

– Oburzaj膮ce! To wbrew regu艂om rycerskim! – skomentowa艂a poruszona Anna Maria.

– Masz racj臋. A jednak m艂ody sekretarz kr贸lewski, Zbigniew Ole艣nicki, kt贸rego Jagie艂艂o za ten niegodny czyn obieca艂 uczyni膰 biskupem, z czasem dochrapa艂 si臋 tak偶e kapelusza kardynalskiego. Tak to ju偶 jest: zwyci臋zcy bior膮 wszystko.

Krzy偶acki odw贸d chcia艂 pom艣ci膰 艣mier膰 towarzysza, lecz wielki mistrz zagoni艂 ich do bitwy. Wtedy Jagie艂艂o tak偶e rzuci艂 do walki wszystkie swoje rezerwy. Rozgorza艂 b贸j na ca艂ego. Ziemia si臋 trz臋s艂a, rozgrzane powietrze wibrowa艂o od wrzask贸w, kt贸re nios艂y si臋 na ca艂膮 okolic臋. Krzyczeli zar贸wno walcz膮cy, jak i dopinguj膮cy ich widzowie.

– To ju偶 fina艂 鈥 og艂osi艂 Katz. – Za nied艂ugo zacznie si臋 rze藕. W tej jednej z najwi臋kszych bitew 艣redniowiecza wzi臋艂o udzia艂 ponad 50 tysi臋cy ludzi. 20-25 tysi臋cy po stronie krzy偶ackiej i 30 tysi臋cy po stronie polskiej, w tym 10 tysi臋cy Litwin贸w, kt贸rzy nie odegrali decyduj膮cej roli. Z 500 os贸b licz膮cej starszyzny krzy偶ackiej w bia艂ych p艂aszczach, prze偶y艂 tylko jeden 鈥 Werner von Tettingen. Zawzi臋te ch艂opstwo nie dawa艂o nikomu pardonu, bo ch艂opom okup za 偶ywego rycerza nie przys艂ugiwa艂… To by艂 koniec pot臋gi krzy偶ak贸w. Szacuje si臋, 偶e stracili 8 000 ludzi, 14 000 wzi臋to do niewoli, a zdo艂a艂o uciec zaledwie 1400. Dopiero noc powstrzyma艂a po艣cig i zako艅czy艂a masakr臋. Polacy, kt贸rzy ponie艣li o wiele mniejsze straty, zdobyli wszystkie krzy偶ackie chor膮gwie, kt贸re potem zawieszono jako wota w katedrze wawelskiej…

– Bo偶e, to Tomasz! – przerywaj膮c mu wyw贸d, krzykn臋艂a Anna Maria wyci膮gaj膮c r臋k臋.

– Gdzie?

– Daleko. Tam, na samym skraju pola bitwy… Ledwie go wida膰. Ale to on. Poznaj臋 po wiewi贸rce na tarczy…

– Faktycznie 鈥 potwierdzi艂a An偶elika, kieruj膮c w tamt膮 stron臋 lornetk臋. – Zn贸w bije si臋 z tym samym czarnym rycerzem, Zawisz膮… I tym razem wcale nie wygl膮da, 偶eby walczyli na niby!

Anna Maria bezceremonialnie wyrwa艂a jej lornetk臋.

– To nie ten sam rycerz. Ma inny herb na tarczy i tunice. Na Boga! To baron von Mansdorf!

– Niemo偶liwe! – zaprotestowa艂 Katz. – Przecie偶 obaj mieli walczy膰 po tej samej stronie…

Ale Anna Maria ju偶 go nie s艂ucha艂a. Co si艂 w nogach bieg艂a w stron臋 rycerskiego obozu. […]

Komentowanie wy艂膮czone